Pacjent bez ważnego ubezpieczenia jest sporym problemem dla polskiego systemu opieki zdrowotnej. Jest to o tyle ważne, iż taka sytuacja dotyczy także pacjentów zakażonych koronawirusem. Generalnie testy na obecność wirusa SARS-CoV-2 i ewentualne leczenie są dostępne bezpłatnie dla wszystkich bez wyjątku. Problem jednak jest taki, iż przychodnie nie chcą przyjmować pacjentów nieubezpieczonych.

Jak zatem polski system opieki zdrowotnej traktuje pacjentów zakażonych COVID-19, lecz nieubezpieczonych?

Okazuje się, iż jest problem z leczeniem takich osób. Pokazuje to dobitnie poniższy przykład. Niejaki Pan Michał w sierpniu 2020 roku przeniósł się do Warszawy i rozpoczął nową pracę. Umowa, którą otrzymał miała charakter umowy o dzieło. W ramach benefitów otrzymał również pakiet w prywatnej placówce medycznej, więc zbytnio nie przejął się tym, iż nie będzie miał ubezpieczenia w Narodowym Funduszu Zdrowia (NFZ).

Tymczasem w połowie września źle się poczuł, mając stan podgorączkowy i poważny kaszel. Zapewne, gdyby nie epidemia koronawirusa, założyłby, iż to normalne o tej porze roku przeziębienie, jednakże w takiej sytuacji uznał, iż może warto byłoby zrobić test na obecność wirusa SARS-CoV-2, wywołującego chorobę COVID-19.

Okazało się wówczas, iż lekarz z prywatnej placówki medycznej (czyli w ramach otrzymanego od pracodawcy abonamentu medycznego) nie może zlecić takiego badania, a on musi udać się do lekarza podstawowej opieki zdrowotnej (POZ). Tymczasem w Warszawie, czyli swoim nowym miejscu zamieszkania takowego nie posiadał, jednocześnie też nie miał ubezpieczenia w NFZ. I w najbliższej mu ze względu na miejsce zamieszkania przychodni usłyszał, iż bez ubezpieczenia go po prostu nie przyjmą. Tym samym nie ma możliwości uzyskania skierowania na wykonanie testu na obecność koronawirusa.

Jak zauważa Agnieszka Motyl, dyrektor działu standardów medycznych Medicover sp. z o.o., jeśli z wywiadu przeprowadzonego w czasie teleporady wynika, iż pacjent ma wskazania do wykonania testu, wówczas lekarz prowadzący teleporadę zaleca kontakt z lekarzem POZ. Strategia walki z koronawirusem opracowana przez Ministerstwo Zdrowia (MZ) wymaga bowiem, by każdy posiadał lekarza POZ. Tymczasem w rzeczywistości tak nie jest i jest to kłopot. Zgodnie bowiem z przepisami wszyscy mają prawdo do bezpłatnych świadczeń związanych z COVID-19, jednakże nie wiadomo co zrobić w sytuacji pacjenta nieposiadającego ubezpieczenia w ramach NFZ, do kogo go skierować, by mógł on rzeczywiście uzyskać poradę w ramach POZ i ewentualne skierowanie na test.

Lekarze przychodni prywatnych, jak chociażby wspomniany powyżej Medicover sp. z o.o. nie mają niestety możliwości wystawienia skierowania na test, ani dostępu do aplikacji gabinetowej, za pośrednictwem której się to odbywa.

Tymczasem jeszcze kilka tygodni temu osoba podejrzewająca u siebie koronawirusa dzwoniła do tego lekarza, który był w stanie przyjąć ją jak najszybciej i na podstawie jego zalecenia mogła zgłosić się na izbę przyjęć szpitala zakaźnego, by wykonać test. Nowa strategia MZ jest jednak taka, iż pacjent jest zobowiązany do kontaktu z przychodnią POZ. Tym samym zmusza się ludzi od lat korzystających z abonamentów medycznych do dodatkowego kontaktu z lekarzem POZ. Nie jest to wielki problem, gdy taki pacjent musi sobie tylko przypomnieć, gdzie znajduje się jego placówka i jak nazywa się lekarz prowadzący. Kłopot może być wtedy, gdy okaże się, iż placówka jest w innym mieście. A już poważny problem, gdy osoba taka nie jest ubezpieczona w NFZ.

Czy zatem dużo jest w Polsce pacjentów nie będących osobami ubezpieczonymi w NFZ?

Otóż okazuje się, iż pacjentów takich jak wspomniany już Pan Michał jest całkiem sporo, bo około 4 mln osób czyli nieco ponad 10% społeczeństwa. Zatem problem jest bardzo poważny. Jak zauważa Jacek Krajewski, szef Federacji Porozumienie Zielonogórskie, skupiającej lekarzy rodzinnych, część z tych 4 mln ludzi jest za granicą, ale wielu pracuje w Polsce na tak zwanych śmieciówkach, a na samodzielne ubezpieczenie w NFZ ich po prostu nie stać.

Do tego dochodzą cudzoziemcy, wykupujący abonamenty w placówkach prywatnych, by nie zajmować się biurokracją systemu publicznego. W tym miejscu należy tylko dodać, iż cudzoziemcy z krajów europejskich mają prawo do świadczeń na podstawie unijnych regulacji.

Jak zatem urzędnicy resortu zdrowia patrzą na ten dość poważny problem?

Generalnie urzędnicy resortu zdrowia zapewniają, iż pacjenci z objawami wskazującymi na zakażenie koronawirusem mogą skontaktować się z lekarzem POZ nawet wówczas, gdy nie posiadają ubezpieczenia zdrowotnego w ramach NFZ. Jak podkreślają przedstawiciele biura prasowego MZ, w przypadku osób ubezpieczonych, jak i nieposiadających uprawnień z tytułu ubezpieczenia zdrowotnego, świadczenia związane z przeciwdziałaniem COVID-19 są finansowane przez NFZ z pieniędzy wyodrębnionych na ten cel. I co jeszcze istotne, to fakt, iż obowiązujące przepisy nie warunkują podejmowania działań przez lekarza od złożenia przez pacjenta deklaracji wyboru lekarza POZ.

Niestety jednak powyższe jest teorią, a praktyka pokazuje co innego. Pacjenci nie posiadający ubezpieczenia w NFZ, jak wspomniany na początku Pan Michał, najczęściej odbijają się od drzwi przychodni, a lekarze POZ przyznają wręcz, iż nie wiedzą, jak ich traktować.

Jak zauważa Bożena Janicka, szefowa Porozumienia Pracodawców Ochrony Zdrowia, na dziś jest to problem nie do rozwiązania. Generalnie jest to uzależnione od stanu pacjenta. Jeśli do POZ trafi osoba w bardzo złym stanie i jest to świadczenie ratujące życie, to oczywiście nikt się nie zastanawia czy ma on ubezpieczenie czy też nie, a pomoc jest udzielana. Jeśli jednak trafi tam pacjent mówiący, iż właśnie powrócił z zagranicy i od tygodnia ma gorączkę, to nie wiadomo kto i gdzie ma go przyjąć, gdyż nie ma na to wytycznych.

Problem ten potwierdza Jacek Krajewski, zwracając uwagę na błędnie działający w tym zakresie system opieki zdrowotnej. Otóż jego zdaniem: „Jeżeli lekarz ma podejrzenie, że jest to COVID-19, nie może wypuścić pacjenta, bo on jest niebezpieczny dla innych. Dotyczy to lekarzy POZ i tych z placówek prywatnych. Odsyłanie do POZ tylko po to, żeby wykonać test, jest błędem. Zwłaszcza, że pacjent jest nieubezpieczony, do POZ się nie dostanie, bo nie jest na liście.”

Generalnie problem jest poważny. Jeśli bowiem do przychodni trafia pacjent z objawami COVID-19, ale nieubezpieczony, wówczas teoretycznie lekarz POZ nie powinien nawet zlecić takiemu pacjentowi transportu, gdyż musiałby za niego on sam zapłacić. Jednak w takich sytuacjach lekarze ten transport zlecają, a następnie walczą z funduszem o refundację.

Doświadczenie lekarzy jest też takie, iż zdecydowana większość pacjentów z objawami koronawirusa nie jest w stanie zagrażającym życiu, a w przeważającej liczbie przypadków zakażenie się nie potwierdza. I wówczas, teoretycznie, taki pacjent powinien za wizytę zapłacić samodzielnie. Lekarze sugerują też, by próbował szybko wyjaśnić swój status.

Jednak w przypadku najbiedniejszych pacjentów lekarze czasem sami dzwonią do pomocy społecznej, informując, iż wskazanym byłoby zrobić wywiad środowiskowy, bo pacjent nie ma ubezpieczenia. Gdy jednak przyjeżdża z innego końca Polski, wówczas i tego nawet nie można zrobić. Wtedy taki pacjent otrzymuje informację, że może się tak zdarzyć, iż będzie musiał ponieść koszty wykonania testu czy też przeprowadzonych badań.

Generalnie zatem obecna sytuacja osób nieubezpieczonych to poważne niedopatrzenie systemu. Jak zauważa Jacek Krajewski, wdrożona obecnie przez urzędników strategia postępowania z chorymi na COVID-19 jest mocno niedopracowana. Z jednej bowiem strony nie dość, że ogranicza ona dostęp do testów ludziom ubezpieczonym, to ci nieubezpieczeni w ogóle nie wiedzą co mają robić. A niestety takich przypadków będzie coraz więcej, gdyż obecna sytuacja wywołuje takie problemy, na które system nie jest gotowy.

Podsumowując, nowa strategia walki z koronawirusem tak naprawdę wyrzuciła poza możliwość testowania i leczenia osoby nieubezpieczone. I to pomimo zapewnień urzędników resortu zdrowia, którzy twierdzą, że bezpłatne leczenie i testy na COVID-19 dostępne są dla wszystkich, zatem ubezpieczonych, jak i nieubezpieczonych. Niestety praktyka pokazuje coś zupełnie innego, a nieubezpieczony pacjent pozostawiony jest generalnie sam sobie.