Obecnie obserwowany drugi etap epidemii i rosnąca dość gwałtownie liczba osób zakażonych spowodowały, iż rządzący zaczynają szukać alternatywnych rozwiązań, by nie dopuścić do całkowitego paraliżu służby zdrowia. Jednym z pomysłów jest zaangażowanie w leczenie chorych na COVID-19 studentów i prywatnych placówek medycznych.

Jakie obecnie działania są podejmowane w zakresie alternatywnych rozwiązań dla służby zdrowia?

Otóż obecnie szpitale prywatne poszukują miejsc dla pacjentów chorych na COVID-19. Przedstawiciele organizacji skupiających prywatne lecznice od kilku już dni kontaktują się z poszczególnymi placówkami, zbierając informacje czy dana placówka dołączy do tej ogólnopolskiej akcji wsparcia budżetowego systemu ochrony zdrowia i szpitali publicznych.

W początkowym okresie prywatny sektor medyczny oferował, iż może przejąć opieką nad częścią pacjentów innych niż zarażenia koronawirusem. Jednak na takie rozwiązanie nie zgodził się resort zdrowia. Ostatecznie zatem prywatne branża medyczna ma zaangażować się w dwóch formach opieki:

  • przygotować łózka dla pacjentów chorych na COVID-19
  • posiadać bazę łóżek dla pozostałych pacjentów

Te podmioty prywatne, które zaangażują się w ten projekt wsparcia, otrzymają takie wynagrodzenie, jakie otrzymują placówki publiczne. Co prawda próbowano jeszcze negocjować, by NFZ pokrył straty przez nie poniesione w tym okresie, lecz to nie znalazło uznania w oczach decydentów.

Najważniejszym wyzwaniem, przed jakim stoją obecnie zarządzający placówkami prywatnymi, jest kadra lekarska. Otóż dyrektorzy placówek z sektora prywatnego obawiają się, iż zadeklarują oni gotowość leczenia pacjentów z COVID-19, a potem nie będzie miał kto się nimi opiekować. Jest to głównie wynikiem tego, iż braki kadrowe są już teraz mocno odczuwalne. Lekarze są przecież często zatrudnieni na etatach w innych szpitalach, a do placówek prywatnych przychodzą na kilka godzin.

Co jest zatem największym zagrożeniem dla całego systemu opieki zdrowotnej?

Otóż wąskim gardłem całego systemu opieki zdrowotnej i podejmowanych prób znalezienia rozwiązań alternatywnych są braki kadrowe. Już teraz bowiem planowane jest uruchomienie bazy dla 26 tys. łóżek, tymczasem problemy są już przy obłożeniu rzędu 8 tys. osób. Stąd też wdrażane są szybko nowe przepisy, w tym chociażby ustawa o tak zwanym dobrym samarytaninie.

Rządowy projekt zakłada wprowadzenie na rynek nowych pracowników, w tym studentów, doktorantów czy też absolwentów bez egzaminu lekarskiego, jak i medyków z zagranicy. Jednym z rozwiązań jest bowiem umożliwienie wykonywania zawodu lekarza cudzoziemcom niebędącym obywatelami państw członkowskich Unii Europejskiej (UE).

Ponadto w czasie epidemii można będzie w trybie uproszczonym (jednakże pod kontrolą konsultantów krajowych lub wojewódzkich we właściwej dziedzinie medycyny) zatrudniać w polskim systemie opieki zdrowotnej lekarzy specjalistów, którzy uzyskiwali kwalifikacje zawodowe poza UE. Warunkiem ma być między innymi znajomość języka polskiego. Taki lekarz musi otrzymać zaświadczenie o zatrudnieniu od polskiej lecznicy. To będzie wówczas podstawą do wystąpienia do ministra zdrowia o zgodę na przyznanie prawa wykonywania zawodu na określony czas i w miejscu wskazanym w umowie oraz w określonym zakresie. Samą zgodę wydawać będzie minister zdrowia w drodze decyzji administracyjnej na podstawie opinii konsultanta.

Czy można spodziewać się dużej liczby obcokrajowców-lekarzy pracujących w Polsce?

Okazuje się, iż ta liczba może być całkiem spora. Można bowiem wstępnie oszacować, iż przebywa w naszym kraju około tysiąca lekarzy w trakcie przygotowań do nostryfikacji oraz około 300 do 500 po nostryfikacji, jednakże przed egzaminem językowym Naczelnej Izby Lekarskiej (NIL) lub w trakcie stażu podyplomowego.

Do tej liczby doliczyć należy około 1,5 do 2,0 tys. osób z czynnym prawem wykonywania zawodu i specjalizacją zrobioną poza granicami Polski, którzy z różnych powodów nie składali wniosków o uznanie specjalizacji do Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego (CMKP), lecz mają doświadczenie w pracy jako specjaliści w swoim kraju ojczystym.

Jak stwierdza doktor Ewgenij Mozgunow, anestezjolog, koordynator krajowy oraz konsultant naukowy organizacji pozarządowej „Niezależna społeczność rosyjskojęzycznych lekarzy na świecie”, te liczby lekarzy są zapewne nadal aktualne, a nawet wydaje się, iż liczba lekarzy przed nostryfikacją lub po niej, ale przed egzaminem językowym, zwiększyła się, gdyż w ostatnim czasie kilka sesji nostryfikacji w różnych placówkach było przekładanych lub odwoływanych (jak chociażby w Warszawie, Łodzi czy też Białymstoku).

Z kolei Łukasz Jankowski, szef stołecznej izby lekarskiej, zwraca uwagę, iż wydawanie decyzji dla tego typu wniosków przeniesiono z izb lekarskich na konsultantów i ministra. Tymczasem później to właśnie izby lekarskie mają przejąć odpowiedzialność nad wykonywaniem zawodu przez osoby, których nie weryfikowały. Takie działanie osłabia rangę zarówno samych izb, jak i zawodu lekarza.

Co jeszcze ma ulec zmianie w najbliższym czasie odnośnie funkcjonowania służb medycznych?

Otóż usprawnieniu ma ulec także koordynacja działań. Samorządy lekarskie mają bowiem przygotować listy ze wskazaniem kto z lekarzy może być niezwłocznie wysłany na pierwszy front walki z COVID-19. Jednakże zdaniem Łukasza Jankowskiego, jest to nierealne, gdyż samorządy nie posiadają wiedzy o sytuacji zdrowotnej czy też rodzinnej lekarzy. Mogą jedynie sprawdzić wiek swoich członków.

Członkowie samorządów lekarskich nie mogą bowiem zadzwonić do 30 tys. zrzeszonych tam lekarzy z zapytaniem o sytuację, gdyż zbieranie takich informacji (chociażby o stanie zdrowia czy chorobach przewlekłych) jest niedopuszczalne.

Ponadto nowe przepisy przewidują z jednej strony dla lekarzy zachętę, w postaci dodatkowego wynagrodzenia, ale też i sankcje. Najwięcej emocji budzi w tym wszystkim przepis, który pozwala na kierowanie do pracy w ramach walki z COVID-19 rodziców małych dzieci (chociaż z informacji płynących z resortu zdrowia wynika, iż rządzący nie będą się przy tym zapisie upierać).

Ponadto Naczelna Izba Lekarska (NIL) wskazuje, iż bardzo złym pomysłem jest też wprowadzenie zmiany, która umożliwia mobilizację lekarzy mężczyzn do 65 roku życia, a nie jak do tej pory do 60 roku życia. Generalnie bowiem wyłączenie osób starszych z pierwszego frontu walki z epidemią podyktowane jest ich zdecydowanie większą podatnością na cięższy przebieg zakażenia i zachorowania.

Ponadto środowisko lekarskie apeluje nie tylko o zniesienie odpowiedzialności karnej za nieumyślne błędy medyczne, lecz także wprowadzenie dodatków na ubezpieczenie życia i zdrowia dla lekarzy narażonych na pracę z pacjentami z koronawirusem.

Ostatnim elementem, który budzi wątpliwości lekarzy jest sprawa dodatku do wynagrodzenia. Otóż obawiają się oni, iż będziemy mieć do czynienia z dodatkami w dwóch wariantach, czyli lekarze powołani przez wojewodę dostaną 200% wynagrodzenia, a ci, którzy już pracują przy chorych z COVID-19, 150%, zgodnie z zarządzeniem NFZ. Z nieoficjalnych jednak informacji wynika, iż również NFZ ma podnieść ten dodatek do 200%.

Podsumowując, przed służbą zdrowia bardzo trudny okres, a zarazem wręcz test jej wytrzymałości. Największą jej bolączką jest bowiem brak kadr i zadaniem rządzących jest obecnie w trybie pilnym temu zaradzić. Propozycje są takie, by skorzystać z tym zakresie z będących już w Polsce obcokrajowców w dyplomami lekarskimi, jak i studentów, którzy nie dokończyli jeszcze nauki. Czas pokaże na ile te rozwiązania będą sprawne i jak wpłyną na sytuację ludzi chorych na COVID-19.