Statystycznie rzadziej chorujemy, lecz czy na pewno

Umów Wizytę

Statystycznie rzadziej chorujemy, lecz czy na pewno

Wrzesień 11, 2020

Okazuje się, iż w okresie panującej epidemii rzadziej chorujemy. Liczba osób z wykrytymi nowotworami zmniejszyła się o 25%, a zawałów jest mniej aż o 33%. Niestety, nie jest to efekt nagle zdrowszego społeczeństwa, ale panującej epidemii i ciągłego strachu, podsycanego zresztą nieustannie medialnie. Ludzie zaczynają po prostu umierać w domu, bez pomocy lekarskiej udzielonej na czas.

O jakim efekcie epidemii w kontekście zachorowań jest obecnie mowa?

Generalnie w całej Polsce lekarze obserwują sytuację, iż zdecydowanie mniej pacjentów trafia na oddziały szpitalne. Mamy do czynienia z mniejszą ilością zawałów serca, udarów czy też problemów z nadciśnieniem tętniczym. Niestety nie jest to efekt nagle zdrowszego społeczeństwa, a obaw związanych z epidemią i strachem przed zakażeniem. Tym samym ludzie zaczęli częściej umierać w domu bez pomocy lekarskiej.

Zdaniem lekarzy nie jest już niczym wyjątkowym sytuacja, gdy w poniedziałek trafia do szpitala osoba, która przeszła zawał w piątek. Podobnie osoby po udarze, często trafiają dopiero po kilku dniach do szpitala, gdy jest już byt późno na leczenie. Winnym takiego stanu rzeczy jest nie tyle epidemia, co wywołany medialną nagonką strach przed nią. Tym samym do statystyk zgonów z powodu choroby COVID-19 należałoby doliczyć wiele osób, które nigdy wirusa wywołującego tę chorobę nie miały, lecz umrą bądź w najlepszym przypadku stracą zdrowie z powodu strachu przed zakażeniem.

Czy ktoś dostrzegł już ten dość poważny problem?

Otóż problem został dostrzeżony przez grono dziewięciu profesorów medycyny, którzy jako zespół Continue Curatio wystosowali w tym zakresie list otwarty do pacjentów oraz decydentów. Wskazują w nim, iż wielu pacjentów w obawie przed zakażeniem wirusem SARS-CoV-2 wywołującym chorobę COVID-19 zaniechało diagnostyki i leczenia chorób przewlekłych lub też takie leczenie przerwało.

Kilkumiesięczne zawieszenie wielu świadczeń medycznych spowodowało znaczące wydłużenie czasu oczekiwania na wykonanie świadczenia medycznego, a chorzy są mocno zagubieni i pozostawieni sami sobie. Efekt jest taki, iż jeśli już trafiają do gabinetów, to na tyle późno, że szanse na skuteczne leczenie są już niewielkie.

Generalnie spadek liczby pacjentów jest po prostu faktem, na co zwraca uwagę profesor Bolesław Samoliński, specjalista zdrowia publicznego, alergolog, przewodniczący Rady Ekspertów Rzecznika Praw Pacjenta oraz kierownik Katedry Zdrowia Publicznego i Środowiskowego WUM.

Co konkretnie zauważyli profesorowie w kontekście zachorowalności polskiego społeczeństwa?

Profesor Jacek Jassem, onkolog, kierownik Katedry i Kliniki Onkologii i Radioterapii Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego zauważa, iż trudno przyjąć, że Polacy nagle zaczęli rzadziej chorować na nowotwory, tymczasem taki wniosek można wyciągnąć ze statystyk. W okresie epidemii liczba wystawionych kart DiLO (czyli tak zwana szybka ścieżka diagnostyczna), będąca przepustką do wszystkich świadczeń onkologicznych, zmniejszyła się o 25%.

Jest to szczególnie trudna sytuacja, gdyż każde opóźnienie w diagnostyce i leczeniu nowotworów może być brzemienne w skutkach. Jak zauważa profesor Jacek Jassem, jeśli zaczekamy z diagnostyką nowotworową aż epidemia minie, wówczas nie będziemy już mieć kogo diagnozować.

Jak pokazują brytyjskie badania, opóźnienie rozpoznania nowotworu o kwartał zmniejsza szanse wyleczenia o 10%, o pół roku – już o 30%. Jak piszą w swym liście profesorowie, każdego dnia nowotwór złośliwy rozpoznaje się w Polsce u około 500 osób, z czego 270 osób umiera. Natomiast liczba zgonów z powodu COVID-19 to od kilku do kilkunastu dziennie. Tym samym „nie lekceważąc znaczenia pandemii, konieczne jest pełne uświadomienie, iż zdrowie i życie naszych rodaków zależy przede wszystkim od wykrywania i leczenia chorób powszechnie występujących niezależnie od pandemii COVID-19”.

Podobnie zła sytuacja występuje w kardiologii, a należy pamiętać, iż choroby układu krążenia są odpowiedzialne za prawie połowę zgonów i większość hospitalizacji. Niestety, w czasie pandemii nastąpiło znaczne ograniczenie dostępu do kardiologicznej opieki ambulatoryjnej, rehabilitacji i leczenia szpitalnego. Jak zauważa profesor Grzegorz Opolski, kierownik I Katedry i Kliniki Kardiologii WUM, bardzo niepokojącym zjawiskiem jest zmniejszenie o ponad 30% liczby hospitalizacji z powodu zawału serca, jak i znaczne opóźnienie w zgłaszaniu się pacjentów z objawami.

Z czego zatem wynika to, iż ludzie nie idą do lekarza, nawet mając poważne objawy?

Generalnie przyczyny takiego zjawiska są dwie, mianowicie:

  • Polacy obawiają się zakażenia koronawirusem; to efekt zarówno statystyk, z których przynajmniej początkowo wynikało, iż lekarz czy pielęgniarka jest potencjalnym nosicielem wirusa, jak i cały czas trwającej nagonki medialnej;
  • Trudności z dostaniem się do lekarza;

Na ten drugi aspekt wpływ mają następujące elementy:

  • Wizyty kontrolne lub wizyty u specjalistów zostały odwołane lub przesunięte „na kiedyś”
  • Kontakt z lekarzem POZ był możliwy jedynie w formie teleporady
  • Wielu lekarzy zajmuje się niedoskonałymi procedurami, zamiast leczenia pacjentów

Generalnie obecnie cały system opieki zdrowia powraca do normalności, jednak odbywa się to mocno zróżnicowany sposób. Część szpitali specjalistycznych powróciło do normalnego funkcjonowania, inne działają w ograniczony sposób, a z kolei POZ głównie zdalnie. A przed nami, na co zwraca uwagę Magdalena Kołodziej z Fundacji My Pacjenci, zbliżająca się jesień i sezon grypowy w połączeniu z COVID-19. Tymczasem już dziś liczba ukrytych ofiar koronawirusa (czyli tych, którzy zmarli nie idąc na czas do lekarza) jest wyższa, aniżeli tych oficjalnych.

Zdaniem lekarzy wąskie gardło systemu opieki zdrowotnej stanowią przychodnie, gdzie często do dziś nie ma tam zgody na przyjmowanie pacjentów. Zdaniem profesora Bolesława Samolińskiego, to błędna decyzja, by przychodnie specjalistyczne (a przynajmniej znaczna ich część) nie przyjmowały pacjentów. Nie ma bowiem dla niej żadnego logicznego uzasadnienia, gdyż w obliczu pandemii nie wolno zamykać się na inne choroby, udając wręcz, że ich nie ma. Do rzecznika praw pacjenta trafia czterokrotnie więcej skarg niż jeszcze przed rokiem. Nie dość, że ludzie nie są przyjmowania do lekarza, to jeszcze często w przychodniach nikt nie odbiera telefonów. Pacjenci pozostawieni są sami sobie, a bez skierowania, do specjalisty udać się nie mogą.

Zdaniem profesora Jacka Jessem, podstawowa opieka zdrowotna działa źle. A pacjenci, którym udaje się w końcu trafić do onkologa, często narzekają na duże trudności w dotarciu do lekarza, gdyż nader często mieli do czynienia z teleporadą, która nie skutkowała zaleceniem dalszej diagnostyki. Mamy do czynienia z dużą ilością luk systemowych. Część pacjentów żyje wciąż w medialnie podtrzymywanym strachu, ale też wielu nie dociera na czas do specjalisty, gdyż po drodze wypadli z systemu.

Co jest zatem złego w systemie teleporady, tak obecnie powszechnej?

Otóż wielu pacjentów słyszy dziś, iż skoro da się zrealizować wizytę właśnie w formie teleporady, to nie warto ryzykować zdrowiem pacjenta i lekarza. Problem jednak w tym, iż podczas wirtualnego spotkania, bez możliwości obejrzenia pacjenta w rzeczywistości, łatwo przegapić istotne okoliczności. W takiej sytuacji diagnostyka nie może być pełna, z czego decydenci doskonale zdają sobie sprawę.

Przedstawiciele Ministerstwa Zdrowia przyznają bowiem, iż absurdem jest chociażby zdalne diagnozowanie ortopedyczne i ocena, czy ktoś ma zerwane więzadła w kolanie. Politycy z kolei uważają, iż winne jest niezrozumienie czym ma być teleporada. Jej rolą bowiem nie jest zastąpienie wizyty stacjonarnej, a jedynie wstępna selekcja. Tymczasem dla niektórych medyków e-wizyty zastąpiły te tradycyjne w skali jeden do jednego.

Nie jest też dla nikogo tajemnicą, iż część lekarzy po prostu się boi. Mają przecież rodziny, dzieci i nie chcą narażać ich na ryzyko zakażenia. Jednakże nie można tez dopuścić do sytuacji, by lekarz uciekał przed chorym. Jak zauważa profesor Jacek Jassem, wybierając zawód lekarza każdy był świadom, iż w razie potrzeby będzie musiał wykonywać swe obowiązki także w trudnych warunkach, nawet wojny czy też epidemii.

Kto i co jest zatem odpowiedzialny za stan obecny i problemy z nim związane?

Otóż problemem nie są lekarze pracujący w POZ, lecz procedury lub ich brak. W zasadzie to nie wiadomo, dlaczego niektóre przychodnie są zamknięte, a inne otwarte. W jednej placówce medyk zostanie pochwalony za to, iż przyjął pacjenta, którego stan go zaniepokoił, a w innej dostanie od przełożonego burę, że naraża cały personel.

Absurdem jest też to, iż lekarze są wręcz zachęcani do jak najczęstszego wykorzystywania teleporady, z czego bywają nawet przez swych przełożonych rozliczani. To z kolei prowadzi do takich sytuacji, gdy jest ona stosowana nawet w przypadkach z tłem onkologicznym, czyli takich, gdy najzwyczajniej w świecie pacjenta trzeba zobaczyć, a następnie skierować do specjalisty. Podobnie teleporada jest mocno nadużywana również przez poradnie pediatryczne, jak i nocne oraz świąteczne punkty pomocy lekarskiej.

Bezduszność procedur i brak wyobraźni decydentów szczególnie mocno widać w neurologii. Jak zauważa profesor Jarosław Sławek, prezes Polskiego Towarzystwa Neurologicznego, kierownik Oddziału Neurologicznego i Udarowego w Szpitalu Św. Wojciecha w Gdańsku oraz kierownik Zakładu Pielęgniarstwa Neurologiczno-Psychiatrycznego w GUM, zdarzały się sytuacje, gdy pacjent z udarem mózgu oczekiwał w strefie buforowej szpitala nawet kilka dni na wynik testu na COVID-19. A jest to przecież niedopuszczalne, gdyż istotą powinno być jak najszybsze zaopiekowanie się chorą osobą. Ponadto wiele szpitali jednoimiennych ma w swych strukturach oddziały udarowe, jednakże praktycznie niewykorzystane, gdyż nie są tam przyjmowani pacjenci bez dodatniego wyniku testu.

Jak na te problemy reagują urzędnicy Ministerstwa Zdrowia?

Otóż generalnie nie negują oni wyciągniętych przez specjalistów wniosków. Jak zapewnia Waldemar Kraska, wiceminister zdrowia, jego resort wesprze kampanie skierowaną do pacjentów, by korzystali z wizyt lekarskich wszędzie tam, gdzie jest to możliwe. Podobnie też nowy minister zdrowia, Adam Niedzielski, który zapowiedział opracowanie możliwie jak najszybciej szczegółowych instrukcji dla pracowników systemu opieki zdrowotnej.

Ostatnie miesiące były trochę zmarnowane. Wiele uwagi poświęcono bowiem walce z koronawirusem, pozostawiając nieco na uboczu inne elementy. Zarówno lekarze, jak i pacjenci mają prawo czuć się w tym wszystkim zagubieni. Tylko szybkie decyzje i konkretne wytyczne postępowania mogą tę sytuację zmienić.

Podsumowując, mamy obecnie w Polsce sytuację, gdy walka z koronawirusem tak naprawdę spowodowała, iż pacjentów z innymi chorobami system opieki zdrowotnej zaczął pomijać. Nieczynne gabinety, wszechobecne teleporady, nielogiczne procedury oraz paraliżujący ludzi strach, to obraz aktualnej sytuacji w służbie zdrowia. Tymczasem należy mieć na uwadze, iż z powodu koronawirusa do tej pory zmarło w Polsce około 2 tysiące osób, a tylko z powodu nowotworów tyle umiera tygodniowo. Jeżeli szybko nie nastąpi zmiana w tym zakresie i ponowne pełne otwarcie placówek medycznych, ludzie nadal umierać będą w domu, bojąc się udać do lekarza, czy też nie mając takiej możliwości.

Znajdź nas

Przychodnia PRAMED Sp. z o.o.
aleja Wyzwolenia 7
70-552 Szczecin